piątek, 19 maja 2017

1.


O samym świcie obudziły mnie pokrakiwania ohydnych kruków. Jednak dzień zapowiadał się bardzo obiecująco. Mogłabym nawet pokłócić się o stwierdzenie, że tego dnia nie zostanie przelana ani jedna kropla krwi.
To tylko cisza przed burzą. 
Odezwał się Marcin w mojej głowie. Odkąd poszłam do gimnazjum, całkiem nowej i obcej mi szkoły nie mogłam się tam do kogo odezwać. I tak wykreowałam Marcina - istota, która wszystko komentuje. Ale teraz, po ponad dwóch latach mam go dość.
Niechętnie odpięłam swój śpiwór, pozwalając by chłodne i drażniące dostało się do środka i opatuliło moje ciało. Stęknęłam z niezadowolenia i wygrzebałam się na zewnątrz. Oprócz Nicolasa, który czuwał przez noc wszyscy jeszcze spali. Dwudziestolatek na mój widok uśmiechnął się lekko, sygnalizując tym samym "Dzień dobry". Odpowiedziałam mu tym samym uśmiechem i zwinęłam swoje łoże, po czym wcisnęłam je do swojego plecaka. Właściwie oprócz tego śpiwora, grubej bluzy, sztyletu i swoich okularów - plecak jest pusty. Pewnie któreś z nas trzyma dodatkowy pistolet przeznaczony dla mnie, lecz wszyscy powtarzają, że marnowałabym naboje, samemu nie chcąc mnie nauczyć strzelać.
Bo uważają cię za niedojdę.
- Przez całą noc było bardzo spokojnie - czarnowłosy podniósł się z siedzenia i wyprostował, aż słyszałam strzelanie jego kości. Pewnie tkwił ciągle w bezruchu.
- Gdyby tylko tak było codziennie - pozwoliłam sobie na chwilkę rozmarzenia.
- Już niedługo - spojrzał w niebo częściowo zasłonięte gałęziami najbliższych drzew - Jeśli utrzymamy tępo jeszcze nawet dzisiaj przed zmrokiem dotrzemy na farmę moich dziadków - na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Ja też cholernie nie mogłam się doczekać. Chciałam ruszyć tam natychmiast. Bez pośpiechu jeździłam wzrokiem po jeszcze śpiących członkach grupy wsuwając na nos okulary i chowając sztylet za paskiem spodni.
Równie dobrze ta farma może być zrównana z ziemią przez zimnych.
Tylko Marcin może popsuć mi dobry humor.
- Miley, coś nie tak? - Nick zauważył moją posmutniałą minę.
- Nic, nic - próbowałam go spławić.
Potem się już nie odzywał. Ja przemknęłam przez śpiące na ziemi osoby w śpiworach, uważając bym na nikogo nie stanęła. Wydostając się z tego labiryntu ułożyłam plecak pod drzewem i już miałam skierować swój krok w stronę głębi lasu, gdy wtedy...
- A ty gdzie leziesz?
- Muszę siusiu - wymamrotałam jak dziecko nawet się nie odwracając do rozmówcy.
- Gdyby coś si...-
- Się działo to krzycz - dokończyłam tą samą regułkę, którą dziennie słyszałam po kilkanaście razy.
Westchnęłam cicho i pognałam wśród drzew. Upewniwszy się, że jestem mało widoczna załatwiłam swoje potrzeby. Szłam cholernie powolnie, zerkając na chwila co boki, aby jakiś zimny mnie nie zaskoczył. Zaledwie kilka miesięcy temu, na początku epidemii cholernie bałam się sama gdziekolwiek iść i odłączyć od grupy. A teraz polecenia typu: "Nie znikaj mi z oczu!", "Nie idź", "Weź ze sobą jeszcze kogoś gdyby stało się coś złego" są irytujące. Gdyby tylko ktoś nauczył mnie strzelać... Oczyma wyobraźni widziałam siebie na otwartej przestrzeni. Sto metrów ode mnie porozstawiane puste butelki po alkoholu. Za mną mój trener od strzelanki. Dokładnie mi mówi co robić, kiedy za długo nie trafiam w końcu traci cierpliwość i sam swoimi dłońmi kieruje moje.
Chyba za bardzo odpłynęłaś!!
Gdy Marcin w końcu doprowadził mnie do porządku, zorientowałam się, że nieco zboczyłam z trasy. Chwileczkę, jak długo o tym myślałam, że zabłądziłam?
Jakim cudem przetrwałaś tak długo?
Też się dziwię, bo mimo że cholernie często zatapiam się we własnych myślach, to wciąż tu jestem. Nie jako jeden z nich.
- NICK! - wrzasnęłam, a mój krzyk rozniósł się echem.
Tak, drzyj się! Pozwól by zimni cię usłyszeli i pożarli! Zwab ich więcej, jeszcze trafią na twoich i sielanka, uczta dla każdego!
- NICOLAS! - spróbowałam jeszcze ignorując swojego wymyślonego stwora.
Chyba jedynym wytłumaczeniem na to, że żyję, jest po prostu to, że trafiłam na bardzo łaskawych ludzi.
Stanęłam całkiem nieruchomo i nasłuchiwałam. Żadnych kroków. Żadnego warczenia. Tylko te wstrętne kruki.
Po głowie zaczęły chodzić czarne scenariusze. To niezwykłe, jaką bogatą mam wyobraźnię, szczególnie w stresujących sytuacjach.
Sięgnęłam prawą dłonią za rękojeść sztyletu, gdyż usłyszałam jakiś szmer wśród drzew. Może dramatyzuję i jest to tylko jakiś gryzoń, ale z ostrzem czuję się pewniej. Ostrożnie podeszłam do źródła dźwięku by rozwiać swoje obawy. Szelest stawał się coraz głośniejszy i dobiegał z krzaków. Powoli odsłoniłam ostrzem gałęzie by sprawdzić co się w nim kryje. O zgrozo. Spodziewałam się kolejnego szwendacza. Rannego zwierzęcia. Człowieka, który został ranny i postanowił się tu zaszyć. Ale... dziecko? Wzięłam malca w swoje ramiona. Oprócz kocyka nie miało nic. Rozejrzałam się znów, w nadziei, że ujrzę jakieś ślady. W końcu chłopczyk nie wyglądał, jakby był tu masakrycznie długo.
Ktoś go tutaj porzucił.
Tsa, o tym samym pomyślałam. W końcu dzieci dla niektórych to kolejne gęby do wykarmienia.
- Co znalazłaś? - za moimi plecami stanął Nick. Zniesmaczona odwróciłam się do niego przodem, by zobaczył "znalezisko". Nie miałam wątpliwości, że nie będzie zachwycony.
- Leżał tu w krzakach - westchnęłam.
- Więc go odłóż - wycedził.
- Powinniśmy ratować każde istnienie - upierałam się.
- Daj spokój... dzieci w tym świecie to tylko zmartwienie... poza tym nikt się nie dowie, że kiedykolwiek go znaleźliśmy.
Dyskusja trwała jeszcze długo, ale w końcu złamałam jego opór. Oczywiście zgodził się z wielką goryczą. Idąc do grupy zastanawiałam się tylko, kiedy przegapiłam moment, w którym stał się takim... dupkiem. Bo inaczej nie mogłam go teraz określić. Tylko czy...  inni tak samo zareagują na dziecko?



~
Jak zwykle siedziałam samotnie grzejąc ławkę rezerwowych obserwując jak moi rówieśnicy grają w hokeja. Aggh, jakże ja uwielbiam tą grę. Chyba po raz pierwszy od niepamiętnych czasów żałowałam, że moja klasa liczy nieparzystą liczbę osób. I miałam cichą nadzieję, że ktoś zaraz dostanie kontuzji i będę mogła wejść za niego.
To nie jest tak, że jestem jakimś popychadłem w klasie. Po prostu ONI chętniej wybierają bardziej zżyte z nimi osoby. W końcu jestem dla nich... obca. Jestem w tej klasie miesiąc, ale i tak z nikim nie nawiązałam kontaktu. Ciekawe czy do końca gimnazjum będę również skazana na samotność.
Do końca WFu nikt nie dostał kontuzji, nikt nie zasłabł, nikomu nie odechciało się gry. A szkoda, bo korciło mnie na hokeja. Z goryczą podniosłam swoje cztery litery i ruszyłam wraz z grupką dziewczyn do szatni by się przebrać. To była nasza ostatnia lekcja, lecz byłam zmuszona czekać jeszcze godzinę na autobus. Gdzie się udać? Świetlica? Za głośno. Toalety? Pewnie są już zarezerwowane dla starszych. Korytarz? Wolę nie być złapana przez dyra. Plac zabaw? Niee, przecież nie mam telefonu do kontrolowania czasu. Chyba po prostu pójdę do domu skrótami. Jeśli utrzymam żwawe tępo będę miała w domu dodatkowe 20 minut dla siebie. Wybiegawszy ze szkoły skierowałam krok w stronę skrótów, lecz wnet usłyszałam jakiś trzask. Wzdrygnęłam się i odwróciłam napięcie. Ale zanim zauważyłam co się stało musiałam przedostać się przez tłum zainteresowanych gapiów. Oh... to wypadek samochodowy dwóch aut rodzinnych. Usłyszałam jak znajomy głos pani woźnej rozkazuje komuś wezwać karetkę, samej podbiegając do ofiar. Nic tu po mnie. Oszołomiona już miałam zawracać, gdy znów zatrzymały mnie czyjeś piski...
~





C.D.N


1.

O samym świcie obudziły mnie pokrakiwania ohydnych kruków. Jednak dzień zapowiadał się bardzo obiecująco. Mogłabym nawet pokłócić się o st...